środa, 1 kwietnia 2015

9



poprzednie części LINK
   Wróciwszy  na „obserwację”, mogłem teraz swobodnie po jej terenie się poruszać,  a przez to lepiej poznać innych pacjentów. Bez problemu zacząłem rozpoznawać tych, z którymi rozmowa nie rokowała nadziei  na nawiązanie jakiegokolwiek kontaktu od tych, którzy wydawali się całkiem normalni.
   - Chcesz zapalić? – zwróciłem się do jednego z nich, krótko przy skórze ostrzyżonego, nieco ode mnie starszego, szczupłego blondyna, który wodził za mną wzrokiem.
   - Uhm. Dziękuję. Zaciągnął się potężnie po czym wyciągnął do mnie dłoń.
   - Jurek
   -Andrzej
   Pomilczeliśmy chwilę koncentrując swoją uwagę na papierosach, po czym Jurek zapytał:
   -Dlaczego tu jesteś?
   - Lekarz mnie skierował- odparłem lakonicznie.
   - A co ci dolega? – sondował, jakby pragnąc  przyjąć odpowiednią wobec mnie postawę.
   - Trochę przedobrzyłem z morfiną i urodził się mały problem. Wciągać mnie zaczęło…
   - To znaczy jesteś wolnościowy, – stwierdził – bo widzisz, ja jestem podsądnym. Sąd mnie skierował na obserwację, rozumiesz.
   Rozumiałem, choć jakby nie do końca, a on złapał mnie na tym, ze spojrzałem na jego dłonie:
   – Już mnie nie wiążą, widocznie uznali, że jestem niegroźny.
   - A  za co sąd..? spytałem, nie patrząc Jurkowi w oczy i nie kończąc swojej myśli, aby nie urazić mojego rozmówcy.
   - Zabiłem dziewczynę – powiedział i zapadła nieprzyjemna cisza, której nie umiałem przerwać. W końcu jednak wtrąciłem, ni to pytając, ni używając formy twierdzącej, byleby tylko rozrzedzić nieco atmosferę, która stała się mocno przyciężka:
   - Samochodem? Miałeś wypadek?
   - Nie, zabiłem moją dziewczynę. Nożem. Zdradzała mnie, a ja nie byłem w stanie jej tego wybaczyć.
   Po chwili, wiedziony jego opowieścią znalazłem się na jednej z ulic Zgierza, tego jesiennego popołudnia zamglonej i osuwającej się już w strefę wczesnego o tej porze mroku. Zobaczyłem mężczyznę, który w świetle kołysanej wiatrem ulicznej lampy staje na progu małego domku. Po chwili drzwi się otwierają i na wprost Jurka Kamińskiego staje jego dziewczyna. Jego była dziewczyna, jak  zdają się  świadczyć jej twarde i stanowcze gesty. Jeszcze przez chwilę rozmawiają gwałtownie przy tym gestykulując, po czym zapada cisza, potem krzyk dziewczyny i w tej samej chwili osuwa się ona do stóp mężczyzny.
   - Uciekłem stamtąd, gdzieś się błąkałem, a nad ranem zgłosiłem się na milicję, Nie zdołali jej odratować – kontynuował unikając mojego wzroku, - i teraz grozi mi 25 lat albo lina. Żyjąc sobie, jeszcze kilka godzin temu w świecie, w którym największym problemem było zorganizowanie sobie działki morfiny, a nagle postawiony twarzą w twarz z całą głębią szekspirowskiego - „być albo nie być”, dojmująco poczułem miałkość moich problemów i przez chwilę, wcale nie krótką, odniosłem wrażenie, że zostałem właśnie z wszystkich dolegliwości cudownie uleczony. Stojąc twarzą w twarz z człowiekiem, o którym wiesz, że jest, ale o którym wiesz również to, że za chwilę może go nie być, tak na zawsze, tak na wieczność, tak krańcowo, jak krańcowa bywa śmierć – chcesz tego czy nie – poddajesz się powadze chwili i ten cień niebytu, który na razie musnął zaledwie ową postać wolno zaczyna rosnąć w twoim wnętrzu.
   Od tej rozmowy stał się dla mnie Jurek Kamiński kimś bliższym, niż to by mogło wynikać z przypadkowego  w końcu spotkania, dwóch obcych sobie przed chwilą ludzi. To on zaczął zwolna wprowadzać mnie w tajniki i zawiłości prostego rzekłby ktoś postronny życia mieszkańców obserwacji.
Następnego dnia tuż przed godziną szóstą rano, kiedy to zwyczajowo następowała rotacyjna wymiana personelu zamiast tego obudził mnie głośny krzyk jednej z salowych :
   - Ty świnio!, ty bydlaku!, zostaw go i do łóżka!!!
   Gwałtownie przebudzony stałem się świadkiem sceny z gatunku tych, o których mówi się, że są nie do zapomnienia. W końcu sali, w zwężeniu prowadzącym do łazienek, oddalony ode mnie na długość dwóch łóżek, stał ogromny mężczyzna ubrany w przykrótką koszulę, sięgająca nieledwie połowy ud. Kiedy pan Grzelak, bo do niego to właśnie były skierowane słowa salowej, unosił ręce, by za ich pomocą coś objaśnić – koszula bezwstydnie unosiła się i to co miało pozostać w ukryciu nagle w swej niespotykanej obfitości i rozmiarze – stawało się jawnie widomym. Mężczyzna ów, którego historię opowiedział mi Jurek Kamiński i pani Stefania, salowa pracująca w szpitalu od przed wojny, cierpiał na skomplikowany rodzaj epilepsji. Nim jednak zachorował, robił to, co natura mu podpowiadała: wykorzystując swój wzrost i potężną sylwetkę oraz idącą z tym siłę, wybrał zawód kowala. I pewnie żyłby sobie szczęśliwie, kując innym konie, gdyby nie pewna zabawa w miejscowej remizie, za sprawą której wywiązała się zwyczajowa bójka. Przegrali w niej wszyscy, a najbardziej mniemany zwycięzca tej potyczki – pan Grzelak. Jakkolwiek bowiem wszyscy leżeli pokotem, a nasz kowal  wciąż stał, to jednak po pewnym czasie okazało się, że urazy głowy jakich doznał nasz olbrzym przywiodły go w efekcie do Kochanówki. Teraz poza wzrostem i kanciastą sylwetką niewiele pozostało z byłego kowala. Mówił niewyraźnie i powoli, jakby obawiając się, że usta nazbyt myśli jego wyprzedzą. Głowę ogoloną miał do skóry i wszystkie urazy pisały na niej historię jego upadków. Dosłownie: kiedy łapał go atak, a bywało, że miał ich kilka dziennie, z wysokości dwóch metrów uderzał głową w to, co akurat w pobliżu się znajdowało. Mógł mieć  40 -45 lat, z czego ponad połowę przeleżał w szpitalach. Teraz wyglądało na to, że Kochanówka będzie jego stacją docelową.
   - Grzelak, ty świnio, ty bydlaku - powtarzała salowa chwytając go przy tym za rękę, a ten pokornie pozwolił zaprowadzić się do swojego łóżka, gdzie sprawnie przywiązano go „łapkami”.
   Kiedy rozgrywała się ta scena z głębi łazienki wychynęła inna postać: pan Olszewski.  Opowiadano, że był głównym księgowym w jednym z łódzkich przedsiębiorstw. Oczywiście do czasu zanim nie zachorował i zanim chorobę jego nazwano dźwięczną nazwą: schizofrenia katatoniczna.  Teraz postać, która ukazała się moim oczom, w żaden sposób nie przypominała księgowego, ba nie przypominała nikogo, ani niczego z czym się dotąd zetknąłem. Pan Olszewski, czy  raczej ten lub to, co po nim pozostało, było ludzką karykaturą. Niewysoki, z wydatnym brzuchem opadającym poniżej genitaliów, wsparty na kabłąkowatych nogach, stanął pan Olszewski w polu mojego widzenia. Stanął i powolutku przestępując z nogi na nogę wydał z siebie dźwięk, czy raczej serię dźwięków będących skargą istoty skrzywdzonej, która w ten ostatni już znany sobie sposób potrafiła wyrażać swoje emocje. Stał ten człowiek nagi i bezbronny, a ja nie mogąc dłużej biernie się temu przyglądać podniosłem się ze swojego łóżka i podszedłem do niego. Z odległości wyglądało, że na brodzie pana Olszewskiego tkwił ogromny guz, który gdy doń się zbliżyłem okazał się być wytkniętym językiem. Ogromnym i opuchniętym różowo-szarym workiem, na trwałe już spoczywającym poza ustami  i przyklejonym jakby do brody nieszczęśnika. Ująłem go za ramiona i poprowadziłem do łóżka. Posłusznie położył się, naciągnął na głowę kołdrę i znieruchomiał w swoim, nikomu poza nim samym, nieznanym świecie.
   Do dzisiaj czuję drżenie jego umęczonego ciała i do dzisiaj nie wiedzieć czemu ilekroć postać pana Olszewskiego zawita w obszarze mojej świadomości zawsze kojarzy mi się on z ptakiem, któremu przetrącono skrzydła i który zdany na łaskę świata swoim lękiem i swoim drżeniem jedynie potrafi prowadzić dialog z otoczeniem.
   Scena, która wcześniej między kowalem Grzelakiem, a księgowym Olszewskim oczom moim się ukazała miała swój głębszy podtekst. Podtekst - nazwijmy go seksualnym, choć gdyby nie trzeba odwoływać się aż do teorii archetypów Junga, nazwałbym go podtekstem atawistycznym w najczystszej postaci. Zostańmy tedy przy tym pierwszym terminie: podtekst seksualny, bowiem szybciej zrozumiemy rodzaj relacji łączącej nieszczęsnego Kowala z nieszczęśliwym Księgowym.
   Wcześniej, dużo, dużo wcześniej, choć nikt nie potrafił powiedzieć kiedy to się zaczęło, pan Grzelak zaczął zbliżać się do pana Olszewskiego, gdy w tym ostatnim tliła się jeszcze jakaś iskierka świadomości. Razem jadali, razem palili, razem wędrowali po obserwacji i wspólnie też spożywali frukta po środowo-niedzielnych wizytach „kramarzy”. Stopniowo jednak, w miarę zapadania się pana Olszewskiego w głąb samego siebie, relacja ich łącząca z poziomej wynaturzać się poczęła w diagonalną: słabszy patrzył w górę, silniejszy z góry spoglądał tak, iż stało się w końcu to, do czego układy podobne prowadzą: Kowal Grzelak upodmiotowił sobie Księgowego Olszewskiego w ten sposób, że któregoś dnia zwabiwszy go w zaułek szpitalnego kibla, gwoli swoiście pojętej przezorności, wybił mu przednie zęby. A kiedy ich nie stało i żadna bezpośrednia sankcja Kowalowi nie zagrażała, począł bez żenady, choć bez rzucania się w oczy i raczej skrycie wykorzystywać bezzębnego Księgowego do, jak to się mówi – praktyk seksualnych. Rzecz w końcu stała się publiczna, czy raczej oddziałowo wiadoma i za każdy taki wyczyn pan Grzelak,na przeciąg kilku dni lądował w „mokrych kocach” . Potem następowała w seksualnej aktywności Kowala cisza, by po kilku tygodniach eksplodować sceną, której byłem mimowolnym świadkiem.
   Ledwo ochłonąłem po tych wrażeniach, gdy pod wieczór, kiedy obserwacja szykowała się już do obchodu, ktoś mnie odciągnął do łazienki:
   - Tam ktoś cię woła – powiedział jeden z pacjentów wskazując jednocześnie ręką w kierunku okna.
   Nie wiedząc co o tym myśleć podszedłem jednak do obrotowego okienka, przez które nie sposób było przecisnąć głowę i zobaczyłem w dole na trawniku Hermesa. Chwilę pogadaliśmy, wspomniałem przy tym o mojej rozmowie z doktorem Janasikiem i poprosiłem Andrzeja, aby opisał mi swoje wrażenia po zażyciu „szalonych ziółek”. Jako, że sam nigdy tego nie próbowałem, a chciałem pochwalić się przed lekarzem swoją znajomością tematu, przynagliłem Hermesa, aby w miarę szybko wraz z działką towaru swoje wypracowanie mi dostarczył.
   Za dwa dni o umówionej godzinie wciągałem umocowany na końcu sznurka pakunek, gdzie oprócz strzykawki i ampułek morfiny spoczywało kilka złożonych kartek. Hermes nie zawiódł: kiedy po zażyciu, czy raczej iniekcji kilku ampułek morphini hydrochlorici przebywałem akurat w swoim małym, intymnym świecie, rozprostowałem kartki i rozpocząłem lekturę notatek Andrzeja Krakowskiego:
   - „Byliśmy u takiej Baśki na Dąbrowie i mieliśmy całą paczkę ziółek. Bo one też są w paczkach, jak herbata. Nawarzyliśmy cały garnek. Też nie chciało mi się uwierzyć, że to tak działa. Wykirałem całą szklankę. Uwaliłem się potem na tapczanie i leżę. Minęło chyba z pół godziny i nic. Tylko rzygać mi się chciało, bo to gorzkie jak sk…n i śmierdzi… Leżę sobie taki jakiś ospały, aż tu przychodzi stara tej Baśki. Zerwaliśmy się wszyscy i do wyjścia, a baba na nas z mordą. Po co tu przychodzimy, że ona sobie nie życzy, żeby jej córka zadawała się z nami, bo jej córka ma dwadzieścia pięć lat, a my jesteśmy gówniarze… I wtedy mnie ruszyło. Stoję tak z kataną w ręku i coś mi tu nie gra. Nie bardzo wiem, gdzie jestem. Widzę gęby, niby znajome ale nie pamiętam, żebym się spotykał z nimi. Wszystko takie różowe i słyszę dziwny turkot… Co jest do k…y nędzy! Tak gdzieś po minucie dotarło do mnie, co ta baba nawija, że my gówniarze, a jej córka taka stara, więc podchodzę do niej, oczy mam wybałuszone, ale wszystko widzę przez mgłę, podchodzę blisko, coraz bliżej, aż ona odchyla się ode mnie i mówię: Proszę pani, ja mam czterdzieści dwa lata. A swój głos to słyszałem gdzieś w brzuchu, jakbym wcale gęby nie otwierał. Wiem tylko, że mówiłem głośno i starałem się jak najwyraźniej. Nic już innego nie słyszałem, wszystko ucichło i tylko ten mój gruby głos, aż żołądek się kurczył… mam czterdzieści dwa lata… I wierzyłem w to co mówiłem. Czułem się staro i poważnie. Baba uwierzyła. Zdaje się, że zaczęła mówić, że ona mimo wszystko sobie nie życzy, że prosi żeby  wynieść się i więcej nie przychodzić, ale ta jej gadka to tylko brzęczenie bez znaczenia. Naprawdę istniał tylko mój poważny wiek i gruby głos: czterdzieści dwa lata. Obok stoi mój kumpel. Widzę, że nie może powstrzymać się od śmiechu, ale nie wiem co go tak śmieszy. W ogóle  już nie wiem, co jest grane. Przy drzwiach stoi Jolka, dziewczyna Kamila i jest dziwnie wystraszona. Ona chyba też piła te ziółka, ale mnie to nic nie obchodzi. Dziwi mnie tylko, że ona jest w takim grubym palcie i czapce na głowie, a niedawno widziałem ją całkiem gołą (...) I nie mogę pojąć, jak to się stało, że tak się przeniosła z miejsca na miejsce, jak duch. Patrzę w prawo i widzę w zwolnionym tempie ruchy jej nagiego ciała, a jak spojrzę w lewo to stoi w drzwiach i ma na sobie palto. Tu ma skórę śniada i lśniącą, a tu jest matowa i ma popielatą gębę. Tu widzę jej sterczące cycki, bujają się kiedy wstaje z tapczanu, a tutaj jest pękata jaki pień, równa od góry do dołu i jakaś taka… czarna. Tam ruszała się, pływała jakby w powietrzu, a tu stoi i wybałusza na mnie ślepia. Dlaczego? Jak ? Po co? Nie wiem nawet, jak wyszliśmy od tej Baśki. Film mi się urwał na jakiś czas i ocknąłem się dopiero na Widzewie, pod domem takiego Jurka, u którego Kamil mieszkał. A strasznie chciało mi się lać, więc poszedłem kawałek dalej i spuściłem portki aż do kolan. Dobrze, że to było już w nocy, pusto na ulicy. Szukam sobie w kroku fujary, ale nie ma. Jaja są, włosy też, a fujary nie ma. No, ale przecież chce mi się lać. Przycisnąłem trochę i poleciało po nodze. Szukam dalej. Nagle czuję, że jest ale zwinęła mi się w obwarzanek. Chce ją wyprostować, ale gdzie tam! Normalnie nie ma końca. Zrobiło się z niej kółko: miękkie, opuchnięte i nie nadaje się do lania. No to jeszcze raz przycisnąłem i nogę sobie oblałem. Musi gdzieś być wylot z tego obwarzanka. Kamil z dziewczynami obstawili mnie, żeby ktoś mnie nie zwinął za lanie na ulicy, a ja stoję ze spuszczonymi portkami, zimno mi w dupę i chcę im powiedzieć, że nie mam czym się odlać, ale tylko jakiś bełkot mi z gęby wychodzi. I ja wiem, że oni nie mogą mnie zrozumieć, bo ja sam siebie nie rozumiem, ale przecież wiem, co chcę powiedzieć  i tak stoję bezradny i bełkoczę i pokazuję na dół żeby zobaczyli jak mi się ten obwarzanek zrobił. Dopiero Grażyna mi pomogła i zaraz mi ulżyło, jak się odlałem. Potem mnie biedna, odprowadziła do domu i też miała ze mną trzy światy. Wyrywałem się jej nie chciałem iść, bo myślałem, że mnie znowu do Baśki prowadzi. Wreszcie zobaczyłem ojca  i zacząłem mówić do niego „Kamilu”. A później jeszcze całą noc rozrabiałem, wstawałem, szukałem papierosa pod prześcieradłem, biegałem z dziesięć razy do kibla i dopiero nad ranem zasnąłem…”
28.03.2015
c.d.n.